Nie. To nie może być już teraz. Tylko nie teraz. Nie w momencie kiedy właśnie miał się zacząć najpiękniejszy epizod w całej tej mgławej historii. Zanim jeszcze w ogóle spróbuje otworzyć swoje zaropiałe oczy przesuwam swoją ręką instynktownie po łóżku szukając telefonu. Nigdzie go nie czuje. Jeżeli nie ma go tutaj, to leży na ziemi. W tym momencie już zaczynam odczuwać pierwsze tego ranka emocje i niestety jest to złość. Jakby było tego mało złoszczę się na samego siebie. Kładąc się poprzedniego wieczoru na środku swojego łóżka i zostawiając telefon z nastawionym alarmem nie uwzględniłem porannej bezwładności mojego ciała. A może wręcz przeciwnie, zrobiłem to z premedytacją. Nie istotne. W chwili obecnej każdy większy wysiłek jak chociażby podniesienie się z łóżka i sięgnięcie po co raz głośniej dzwoniący telefon całkowicie mnie rozbudzi, a właśnie tego chce stanowczo uniknąć. Zachowuję spokój. Moje oczy dalej są sklejone, a zdrętwiała ręka pod moją głową ze stałą konsekwencją domaga się krwi męcząc mnie nieprzyjemnym mrowieniem. Docieram drugą ręką do brzegu łóżka i chwytam w miarę mocno. Nie chcąc ale musząc przyciągam bezwładne ciało do brzegu wersalki. Efekt nie najgorszy, bo prócz prawej ręki nie użyłem żadnej innej części ciała. Czuję, że mimo tego zrywu moja krew dalej krąży z tą samą poranną powolnością. Sięgam ręką podłogi i błądzę po niej palcami w poszukiwaniu telefonu. Suche opuszki zaczepiają raz słabiej, raz mocniej o szpary w parkiecie. Napotykam na szpilkę, która po chwili wpada w jedną ze szpar. Wodzę ręką dalej i w końcu trafiam na mój cel. Ze spokojem i precyzją rewolwerowca włączam „drzemkę”. Niestety maszyna już ruszyła. W mojej głowie zaczyna drzeć się ten cholerny psychopata nazywany wyrzutem sumienia. To co jest w nim najgorsze to brak impulsywnego działania. Nie stawia mnie z miejsca na nogi, tylko zmusza jakimś dziwnym sposobem do sprawdzenia, która jest godzina. Na pewno jest już widno, ale to nie jest słoneczny dzień, bo przez powieki zamiast czerwieni albo pomarańczu widzę czerń. Podnoszę telefon z ziemi i kładę go przed swoją twarzą. Na tyle blisko, by usłyszeć głuchy dźwięk sprężyny w łóżku. Łapię tą samą ręką za koc, którym jestem przykryty i naciągam go sobie na głowę, gdyby moja analiza natężenia światła okazała się błędna. Otwieram delikatni prawe oko. Czuję jak pęka ropna pieczęć. Krótkie spojrzenie na telefon i już zamykam je z powrotem. Czy aby dobrze spojrzałem? Czy się nie mylę? Eh. Muszę sprawdzić jeszcze raz. Otwieram, patrzę chwilę i zamykam. Dziewiąta. Nie jest najgorzej. A może by tak wstać i zrobić coś pożytecznego. Na palcach ręki, którą szukałem telefonu czuję drobinki piasku. Chyba powinienem poodkurzać. Myślę, że zaraz wstanę. Myślę, że za chwilę uda mi się zmusić do działania. Za kilka minut. Może pół godziny. Wracam coraz szybciej i zarazem delikatniej do mojego snu. Błogość znów we mnie gości, a ja trwam w bezwładności. W momencie gdy moja zamglona historia zdaję się pisać dalej, przerywa ją dzwonek telefonu! Ustawiłem dzwonek jak najgłośniej zawsze słyszeć gdy ktoś do mnie dzwoni, jednak w sytuacji gdy telefon leży przed moją twarzą, a ja jestem zaspany, ciężko mi uwierzyć w bezwarunkową słuszność tej decyzji. Palcem wskazującym prawej dłoni odbieram rozmowę. Przy okazji słyszę cichy dźwięk rysowanego plastiku przez piasek na moim palcu. Ani mi się śni przykładać telefonu do ucha. Mówię słabym i zaspanym głosem:
-Słucham.
-Witam Pana. Nazywam się Anna Nowak i mam wielką przyjemność zaprosić Pana na pokaz pościeli firmy…
Na usta ciśnie mi się brzydkie słowo, ale przerywam i kończę rozmowę zwykłym:
-Nie. Dziękuje. Dobranoc.
Na co przyjazny głos panny Anny odpowiada:
-Dziękuje. Dobranoc.
Leżę przez chwilę i analizuje to co usłyszałem. Wyrzut sumienia ustąpił zaskoczeniu, które okazało się dużo bardziej pobudzające. Wstałem.