Skip to content


Samotność

Pogrążam się w niej każdego wieczoru, który jest mi dane spędzić w “rodzinnym domu”. Pokój trzy na cztery z nieszczelnym oknem i bez drzwi, które straciłem w wyniku chwilowego braku samokontroli. Siedzę na wysłużonym krześle, które wiecznie przypomina mi o swojej obecności dzięki skrzypiącym łączeniom. Siedzę i staram się okiełznać śmieciowy biznes, który we mnie siedzi. Przekopuję śmietnik w swojej głowie, graty walają się z kąta w kąt i wszystko jeszcze bardziej się miesza, a ja wciąż na tym tracę swój czas i wystrzępione już nerwy. Jakby Bracia Stach to zobaczyli to by się wystraszyli.

Cisza wokół mnie sprzyja hałasowi wewnątrz, więc staram się poratować dobrą nutą, ale i to nie zawsze  pomaga. Kusi dobre wino, które niedawno dostałem, ale raczej sam nie piję. Poza tym zmarnować dobry trunek w tak beznadziejnej chwili. Wrócę lepiej do śmieci, może wygrzebię coś przydatnego.

Nie mogę narzekać na dzieciństwo. W końcu żyję i chyba jestem całkiem normalny, choć czasem aspołeczny. Dziwnie się to wszystko zaczęło. Jako przypadkowe i nieślubne dziecko rolnika w separacji i wdówki z dwójką dzieci zawsze miałem problem ze zrozumieniem jakie jest moje miejsce w rodzinie. Na pewno jestem łącznikiem między dwoma zupełnie osobnymi rodzinami. Dodatkowo w czasie gdy moja matka przez cztery lata niańczyła nadzieje swojego życia, którą był strażak o wybuchowym nazwisku, ja mieszkałem z siostrami u przyszywanej babci i tak zyskałem kolejną rodzinę. Dziś za najbliższą rodzinę uważam siostry. W końcu to one mnie uratowały przed wspomnianą już nadzieją mojej matki. Myślało by się, że skoro ktoś ma tak odpowiedzialny zawód jak strażak to i na co dzień jest odpowiedzialnym człowiekiem, a tu takie rozczarowanie. Bohater… co leżał cały napierdolony z jajami do góry i przeglądający komiksy w Wampie, gdzie panie robiąc sobie dobrze kukurydzą mówiły “Uwielbiam warzywa”. Kiedyś go widziałem, nie poznał mnie i ja też bym go nie poznał gdyby nie ten cholerny głos, który tak często wypowiadał słowo “bękart” w moją stronę. Są ludzie i śmieci. Ten był na tyle dużym, że moje dwie siostry dały radę go wyrzucić z domu i później nawet jego najście z nożem nic nie dało. Śmieci lądują na śmietniku.

Trafiłem do szkoły. Pamiętam pierwszy dzień w białej polówce i granatowym sweterku, maszerowałem po luźnym parkiecie, na sali gimnastycznej S.P. nr 48. Trafiłem do klasy A jak aniołki ; ) W tej jednej szkole mówiono nam, że jesteśmy najgrzeczniejszą klasą. Uczyłem się jak mogłem najlepiej i rzeczywiście byłem w szkolnej czołówce. Wszystko szło dobrze do czasu, aż moje siostry zaczęły wychodzić za mąż i się wyprowadzać. Zostałem sam z matką. Dostałem własny pokój i tyle jeśli chodzi o plusy, bo wraz z wyprowadzką moich sióstr straciłem wzór postępowania, który wcześniej miałem na co dzień.  Kłamstwa, wagary, problemy z nauką. Nie piłem, bo wszystkie problemy w moich trzech rodzinach były przez alkohol. Nie ćpałem, bo to jeszcze większe gówno od alkoholu. Wracałem sam do domu późnym wieczorem, tylko po o by się przespać i wychodziłem tak wcześnie jak to było możliwe bo już wtedy miałem same niemiłe wspomnienia ze swoim mieszkaniem. Dzięki nauczycielom i siostrom wyszedłem jakoś na prostą w połowie gimnazjum. Dostałem się do jednego z najlepszych liceów w Łodzi i miało być pięknie. Miałem się wykształcić i zyskać status. I wiecie co? Nie przykładałem się. Nie lubiłem rano zwlec się z łóżka i nie lubiłem wracać do domu, w którym nigdy nie czekało mnie nic przyjemnego i nie myślcie, że przesadzam. Wyobrażacie sobie wymieniać z rodzicem jedynie dwa, trzy zdania dziennie, przez cały życie? Mówię szczerze: było i jest dziwnie. W LO znów wagarowałem i dopiero groźba wyrzucenia mnie ze szkoły stała się odpowiednią motywacją. Może bym jakoś dociągnął do końca tej szkoły, ale moja mam zachorowała i od nowa się zaczęło psuć mi życie. Mieszkałem u siostry. Nie chciałem chodzić do szkoły. Jeździłem na wizyty do Kochanówki i wierzcie mi, że moja mama to był pikuś w porównaniu z innymi pacjentami, których tam zobaczyłem. gdy mama wyzdrowiała rzuciłem dzienną szkołę, bo zobaczyłem inne sposoby na życie. Tydzień po swoich osiemnastych urodzinach mieszkałem już poza domem i myślałem, że złapałem Boga za nogi.

“Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel…”. Tak śpiewała nasza trójka późnymi wieczorami. Siedząc na starych meblach w tanio odremontowanym mieszkaniu, popijaliśmy Johny Walkera i czuliśmy się przy tym jak w niebie. Znacie swoją radość i satysfakcje jak dostaniecie dobrą ocenę po tygodniu nauki, zdacie prawo jazdy. Ja miałem mieć kobietę, dobrą pracę, mieszkanie i brak kontroli rodzicielskiej. Miałem mieć własne życie i to jeszcze przed dwudziestką. Pamiętam jak kupiliśmy pierwszą własną patelnie. Brzmi głupio, ale wiem, że będę to pamiętał do końca życia. To właśnie wtedy mi się jeszcze bardziej poprzewracało w głowie i poprzeczka moich wymagań w stosunku do życia podniosła się dużo wyżej. Niestety moje wyobrażenie o rzeczywistości okazało się po części błędne i tak zaliczyłem kolejną lekcje. Zacząłem coraz bardziej komplikować sobie życie co daję mi do dziś całkiem szeroki wachlarz doświadczeń. Pamiętam gdzie byłem rok temu i wiem gdzie jestem teraz. Wiem, że kluczowe będzie najbliższe pół roku. Pożyjemy zobaczymy.

Krążę tak po swojej głowie regularnie, kopiąc puszki i kartony, raz po raz roztrząsając to co już trochę wcześniej udało mi się ułożyć. Może kiedyś to przetworzę, albo zakopię gdzieś pod lasem z nadzieją, że już nigdy do tego wrócę. Na chwilą obecną tylko dalej to przerzucam.

Na koniec piosenka, która ostatnio nie daję mi spokoju. Teledysk zawiera sceny z filmu “Balanga”, który polecam miłośnikom polskiego kina lat 90′ ;)

Posted in Life.

Avatar w IMAX’ie

Dnia 1 stycznia bieżącego roku wraz z grupą znajomych uczestniczyłem w pokazie filmu pt. Avatar autorstwa Jamesa Camerona. (ubóstwiam wstępy rodem z podstawówki :D)

Pierwsze nowiny o filmie zaczęły napływać już pół roku temu. Specjaliści od reklamy wykładali kolejne informacje jak na ruszt zaczynając od parówek i na wołowince kończąc. Sama idea powstała podobno przeszło 10 lat temu, ale ówczesna technologia nie była wystarczająco rozwinięta by zrealizować wizję artysty. Plakaty, reklamy, skórki do Symbiana podane jako zakąski. Trailer. Dodatkowo autor znany ze stworzenia ponadczasowego Titanica, na którego pokazie niejedna inteligentna, młoda i piękna dziewczyna z niepohamowaną rządzą zjadła duży popcorn i wypiła litrową coca-colę. Wszystko to wywołuję jedno - apetyt.

Godzina 18:00. Cel Manufaktura - IMAX. Obowiązkowo coca-cola i popcorn. Do takiego zestawu dostaniemy za darmo plakat promujący Avatar. Miejsca były zarezerwowane już wcześniej, więc wystarczyło okazać wygniecioną legitymację szkolną i już można było przejść przez bramkę. Przed wejściem do sali dostałem okulary z zieloną oprawką. To znaczy, że Pani rozdająca okulary zakwalifikowała moją głowę do kategorii baniaków. Przed rozpoczęciem seansu zostałem poinformowany o fakcie, iż film zostanie wyświetlony w najnowocześniejszej technologii IMAX. Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie, które niestety szybko zostało zniwelowane przez brak miejsca na napój przy fotelu - przeżyłem szok i rozczarowanie.

Film utrzymany jest w klimatach science-fiction. Mamy wątek miłosny i wojenny. Czasami trafia się jakiś dowcip w stylu “o shit!”. Fabuły nie zdradzę ; P. Mogę zapewnić, że nie ma tam żadnych chamskich skrótów, przez co nie gubią się filmie nawet najbardziej oporni ludzie a zabawa przeciąga się do ponad dwóch godzin. Widać wielki rozmach jeżeli chodzi o ilość i szczegółowość animacji. W dodatku całość w pełnym 3D. Miałem okazję oglądać wersje z napisami i myślę, że nie doczeka się ona lektora do czasu wydania wersji DVD choć i to nie jest pewnikiem. Zaraz po seansie byłem tyle pobudzony, że czułem się dziwnie w normalnym świecie.

Film polecam każdemu kto lubi się maksymalnie oderwać od rzeczywistości. Technologa IMAX nie jest co prawda niezbędnym elementem, ale przypuszczam, że dodaje ona dużo realizmu względem wersji 2D. W końcu kto nie lubi dostać jakimś odłamkiem statku kosmicznego albo przeżyć skok z wysokości. Starajcie się rezerwować miejsca na środku sali, ponieważ to tam obiekty 3D prezentują się najlepiej, choć nie mogę powiedzieć, że wszędzie indziej jest tragedia. Środek głównie dla pedantycznych kinomanów. Podsumowując, przyjemność obejrzenia jednego z najgłośniej zapowiadanych filmów ubiegłego roku w technologii IMAX będzie nas kosztować 28 złotych, albo 23 złote, jeśli przysługuję nam zniżka. Osobiście dawno nie czułem się tak zadowolony z pieniędzy wydanych na kino i w dodatku mam plakacik, który dostanie ode mnie antyramę.

Na zakończenie trailer w HD ; )

PS Tak się składa, że posiedziałem trochę na wykopie i znalazłem ten artykuł. Może wam pomóc w wyborze kina.

Posted in Reviews.

Sylwester z Dwójką

Jestem mieszkańcem Łodzi więc nie mogło mnie tam zabraknąć :P

Około godziny 22 weszliśmy sześcioosobową grupą z ulicy Więckowskiego na ulicę Piotrkowską i udaliśmy się w stronę Placu Wolności. Już wtedy było całkiem ciasno, ale prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero po minięciu Próchnika (i stojącego nieopodal trzydziestometrowego dźwigu - wypas :D). Około dwudziestu minut zajęło nam przedarcie się przez tłum tak by znaleźć się na torowisku na Placu Wolności, czyli niecałe 25 metrów od sceny. Mam to szczęście, że do niskich nie należę więc spokojnie mogłem obejrzeć całą imprezę oczywiście zapierając się przy tym nogami, by nie zostać wypchniętym przez innych ludzi.

Wszystko było ok. Była Pani Rodowicz, Pani Rabczewska, Pani Markowska wraz z ojcem, Blue Cafe i inni, których nie pamiętam tak dokładnie ; ) Niemniej nie chodzi mi o to by pisać o występach albo organizacji. Lepiej rzucić okiem na to co było nie do przewidzenia.

1. Podczas występu Patrycji Markowskiej, a dokładniej podczas jej duetu z ojcem Grzegorzem Markowskim na scenę wdarł się jakiś mężczyzna, zrobił zdjęcie artystom oraz później zaliczył podłogę biegając w kółko po frontowej wyspie. Ochrona wyprowadziła Pana po około trzydziestu sekundach.

2. Pan Prezydent Jerzy Kropiwnicki zaczął pozdrawiać mieszkańców innych miast i co mnie najbardziej zaskoczyło widzów TV Polonia, a później oczywiście TVP2. Trochę to było dziwne. Widać było, że stara się pokazać od luźnej strony, jednakże wciąż z aprobatą patrzę na ankiety mające na celu odwołanie Pana Prezydenta przed końcem kadencji.

3. Stałem wraz ze znajomymi prawie na wprost sceny. Jeżeli był tam ktoś jeszcze to zapewne zgodzi się ze mną, że transparent “Kocham Łódź” sygnowany logiem Manufaktury nie był mile widziany, bo skutecznie zasłaniał artystów.

4. Przypadł mi do gustu gość z dopiętym czerwonym irokezem na głowie, mieczem świetlnym i połówką w ręce. Bardzo się cieszył podczas ogłaszanie prośby o nie wnoszenie alkoholu w szklanych butelkach :P

Z placu wyszliśmy zaraz po zakończeniu pokazu sztucznych ogni. Rzeczywiście był bardzo okazały, ale nastawiłem się na trochę więcej wariacji. Ciężko powiedzieć, że wyszedłem, bo po części tłum mnie wyniósł - sprawdzałem czy mogę mieć obie stopy w górze i dalej się przemieszczać. Wynik testu - pozytywny - było nawet łatwiej niż z użyciem nóg, bo nikt mnie nie deptał : )

Podsumowując było naprawdę w porządku : ) Nie trafiłem na nikogo agresywnego. Nawet nie słyszałem, żeby ktoś bluźnił :P Z tego co słyszałem to koszt całej imprezy zmieścił się w granicach 4 milionów złotych z czego 75% dało TVP2. Jeden milion dał Urząd Miasta Łodzi czyli były to między innymi nasze podatki. W imprezie uczestniczyło podobno przeszło 250 tysięcy osób, więc wychodzi niecałe 4 złote od łebka :P Opłacało się chociażby za same sztuczne ognie ;)

Posted in Life.

W Nowym Roku…

Co tu dużo pisać. Poza standardowymi elementami życzeń takimi jak: szczęście, zdrowie, dobrobyt, pieniądze, dobre wyniki w pracy i szkole, mogę dodać… Mogę coś dodać? Tak naprawdę nic konkretnego. Mogę wam życzyć, żebyście się nie nudzili, żebyście poczuli jedność z wszechświatem oraz żebyście żyli w harmonii ze swoim ciałem astralnym.

A teraz chodźmy się wszyscy ścisnąć na plac Wolności, zalejmy się szampanem i zmęczmy karki wpatrując się w masę fajerwerków : P W końcu 25% tej imprezki jest z naszych podatków ; )

Posted in Life.

Upojenie (GL SR MI)

Znasz to. Boli Cię kicha. Suszy jak diabli. Myślisz, że mózg Ci się zmniejszył i obija się o czaszkę od środka przy najmniejszym ruchu głową. Czujesz zapach linoleum w przedpokoju. Wstajesz ostrożnie z podłogi, próbując zorientować się co jest grane. Czujesz się jak nowo narodzony tyle, że o półtora litra gorzej. Ustalasz sobie pierwszy priorytet. Znaleźć coś mokrego. Nie pamiętasz w tej chwili o swojej miłości, krajach trzeciego świata czy też czymkolwiek innym co nie jest czymś do picia. Osiągasz więc w końcu pionową postawę i zaczynasz iść korytarzem wodząc palcami prawej ręki po brzegu boazerii. Już wiesz, że jesteś u siebie. Niezdarnie stawiasz szybciej kroki dalej trzymając się ściany. Nawet masz ochotę zanucić “Chcemy być sobą”, ale właśnie kopnąłeś w glana siostry. Pewnie by nie bolało tak bardzo gdyby nie fakt, że za krótko obciąłeś paznokieć najmniejszego palca u stopy. Dlaczego cały ten ład i porządek wszechświata musiał założyć, że przywalisz w tego glana? Nikt tego nie wie, a ty chcesz jedynie pić. Dostajesz się w końcu do kuchni, dobierasz się czajnika i pijesz prosto z niego, cedząc wodę przez własne zęby. Mimo świetnego uzębienia i tak czujesz kamień z dna czajnika, który właśnie połykasz, ale wcale Ci to teraz nie przeszkadza. Na chwilę mija pragnienie i uczucie zgnilizny w ustach. Czujesz jak woda wpada do żołądka i rozcieńcza wciąż nie przetrawiony alkohol. Wiesz, że to nie koniec walki, ale później się będziesz o to martwił. Podchodzisz do lustra i dałbyś sobie rękę uciąć, że jeszcze wczoraj nie było potłuczone. Rozpoczynasz po imprezowy przegląd kontrolny swego kochanego ciałka. Strzepujesz z twarzy piasek przyklejony z wycieraczki, która służyła Ci dziś jako poduszka. Szukasz tajemniczych tatuaży, podpisów, kolczyków srebrnych i nie tylko. Uszy, nos, broda, piersi, pępek. Zdejmujesz kabaretki, by obejrzeć niższe partie. Wszystko jest w najlepszym porządku. Wciągasz kabaretki i zmierzasz do pokoju by się położyć już na łóżku. Udaję Ci się to, leżysz na plecach gapiąc się w sufit i zawieszony na nim plakat ze sportową furą. Zadajesz sobie różne pytania jak np. “Skąd mam te rajstopy?”, “Dlaczego założyłem te rajstopy?”, “Dlaczego ich nie zdjąłem?”, “Skąd do cholery wiem, że te rajstopy to kabaretki?”. Gapisz się jeszcze chwilę na plakat z autem i myślisz sobie “AUTOportret”. Nie możesz przestać się śmiać bo widzisz siebie rozbawiającego  tym nieudolnym dowcipem całe tłumy ludzi.

Znasz to. W końcu nie pierwszy raz jesteś pijany.

Posted in Stories.

Pink Pony

Generalnie powinienem rzucić jakimś hasłem typu “Lubię różowe kucyki” albo “Pij jogurty, będziesz słodszy”, żeby zmusić choć jedną z czytająch to osób do komentarza “Masz nasrane w głowie! KULL!”, ale sobie daruje.

Brakuje mi tego małego uczucia spełnienia wynikającego z napisanie nowej noty. Tego wrażenia, że właśnie stworzyłem mały kawałek węgla, który nie stanie się diamentem ze względu na milion złamanych umownych zasad poprawnej polszczyzny, logiki, dobrego smaku i wyczucia sytuacji. Choć tej ostatniej zasady staram się na co dzień przestrzegać. Nie bekam na głos po jedzeniu i takie tam. Nie uważam tego za złe, tylko po prostu tego nie robię. ZŁOOOOOOOOO. Ulubione słowo rodziców. Nie popełniamy błędów bo są złe. Tylko jak się można czegoś nauczyć nie popełniając błędów? Skąd mamy wiedzieć czy siadanie na jeżu jest złe skoro nie spróbowaliśmy? No to może zły przykład, ale wiecie do czego dążę. Wpadnij rowerem na ścianę to na całe życie zapamiętasz, że warto mieć sprawne hamulce. Wypadnij z balkonu a zapamiętasz, że nie powinno się odkręcać balustrady. I tak dalej…

Brak nowych notek nie wynika z braku tematów, bo życie nigdy nie pozwala się nudzić. Kłopot w tym, że w moim życiu nie dzieją się rzeczy poważnie porąbane jak nakrycie w szkolnym kiblu gościa srającego w pozycji na “Małysza”, a potem rozpowiedzenie tego całej klasie. Teraz tylko wyłapuje swoje błędy, których liczba wcale nie spada i błędy innych na które nie mam wpływu i które nie powinny mnie do końca obchodzić. Życie jest zagłuszane całą gamą monotonnych zaskoczeń.

P.S. Lubię jogurty i to nie ma związku z “głównym zbiornikiem”

Posted in Life.

Złota myśl

Jest 2:51 i zaczynem pisać notkę. Piszę ją teraz ponieważ jest to zwyczajna pora, kiedy to zwyczajni ludzie w zwyczajnych łóżkach zwyczajnie starają się zasnąć i jak najbardziej zwyczajnie mogą zostać rozbudzeni przez niezwyczajnego współlokatora, który właśnie mnie wkurwia słuchając za ścianą jakiegoś pseudo-techno-trance-base’owego remixiora “Co się stało”. Pozdrwienia Żaba ; )

Gdy już byłem w stanie półsnu i nawet powtórne wieczorne czyszczenie uszu nie pomogło nie miałem wyjścia… musiałem zacząć myśleć. Zajęło mi trochę czasu zanim odnalazłem myśl przewodnią tego wieczoru pomiędzy warkotem lodówki, cholernego remixu słuchanego przez Żabę i własnym biciem serca. Moi drodzy…

Nie będzie złotej myśli. Były trzy, cztery opcje. Miała to być myśl łącząca słowo “piękno” ze słowem “burdel” ale się nie udało.  Nie widzę sensu trucia was swoją “złotą myślą”.

Jest 3:49 a ja kończę pisać. Wydaje się żałosne, że tak mało napisałem przez taki kawał czasu. Ale prawda jest taka, że 90% tego co napiszę znika, zanim zostanie opublikowane. Dlaczego? Bo jest o mnie. Bo jest o was. Bo jest o niczym i o wszystkim jednocześnie. Bo śmierdzi zuchwalstwem lub capi frajerstwem. Bo się z tym nie zgadzam, zaraz po tym jak to napiszę. Bo mnie do kogoś porównuje. Bo kogoś porównuje do mnie. Bo nie daje mi spokoju. Bo budzi we mnie wojnę. Bo zabija szare komórki. Bo marnuje prąd. Bo nie powinno istnieć. Bo tego nie rozumiem. Bo mam to gdzieś.

Czy czujecie tą głębie, którą właśnie stworzyłem? Jeśli nie, to straciliście czas. Jeśli tak to jebliście w dno.

Posted in Life.

Po piwkach

Właśnie ja. Ja Pan Don Dan podjąłem się opisania swoich wrażeń po browarku. Litera “D” myli  mi się z literą “T”. Piszę 20 znaków na minute a mimo to spróbuje.

Siedzę w pubie i ogrzewam swoje zmarznięte od szklanki z piwem ręce nad świeczką. Biorąc łyk złotego trunku myślę o swojej kobiecie i obserwuje spływające powoli po ściance bąbelki. Owe bąbelki spływając chowają się na chwile za nadrukiem na szklance a potem znów się ujawniają by za chwile wpaść i osiąść na powierzchni złotego płynu. Przed twarzą unosi się i wije dym z papierosów towarzyszy. Zawsze mówi się, że dym jest, ale tak rzadko mówi się jak wygląda. Jedni pierdolą od rzeczy a inni zwracają uwagę i mówią o tym co jest naprawdę ważne nie wiedząc, że to człowiek w gruncie rzeczy decyduje co jest ważne a co nie.  Wszyscy żyją złudzeniem. Ktoś pstryka fotki i ktoś rzuca żartami. Po paru piwach widać kim jesteśmy. Jakie cechy mamy, ponieważ wszystko co nabyliśmy dojrzewając chowa się, jakby z góry wiedziało, że przegra z potęgą promili. Do tego muzyka. Pełen relaks bez względu na to czy ktoś inny daje popis czy też robi siarę. Po paru piwkach człowiek jest wstanie porozmawiać o wszystkim, ponieważ wyzbywa się wszystkiego. Powie dziewczynie, która jest ładna, że chce nią obrócić parę razy w łóżku i powie prezydentowi, że sięgnął dna. Po tych paru piwkach każdy traci otoczkę, którą stara się osłaniać. Każdy jest bezbronny.

Rada? Jeżeli chcesz coś ukryć, to nigdy nie pij!

Posted in Life.

Moja 18’stka

No. W każdym razie jak widać po nazwie kategorii zamieszczam fragmenty mojego dzisiejszego snu, który kompletnie popieprzony. Uznałem, że fajnie będzie tak wyrzucić z łba trochę szlamu i skazać was na jego połykanie :]

Ni z tąd, ni z owąd jestem w szkole. Właściwie to już z niej wychodze i przed wejściem wpada mi do głowy pomysł aby akurat dziś zorganizować swoja osiemnastkę. Pomysł great. Będzie bibka. Więc moim następnym bardzo logicznym posunięciem było udanie się do domu nie mówiąc nikomu o tym, że taką bibke robię Oo. Wracam do domu gdzie cała rodzina stoji nad wanną i dyskutuje jak by tu zabić karpia, który w owej wannie pewnie pływa. Niewzruszony tym faktem wychodzę na swój balkon i wołam do sąsiadów z bloku naprzeciwko (w reczywistości naprzeciw mojego bloku nie ma żadnego innego a owi sąsiedzi mieszkają w mieszkaniu obok). Sąsiedzi wychodzą na balkon i krzyczą, że jeszcze nie są gotowi. Mimo tego ja ubrany w mundur polowy WP rzucam w nich mielonym, który jakimś cudem znalazł się mojej ręce. Niestety trafiam w szybe bo sąsiedzi zdążyli już schować sie do środka swojego mieszkanka, którego w rzeczywistości nie ma. Wracam więc do swojego pokoju i zaczynam się przyglądać sufitowi. W jednym miejscu jest wyżłobione napis “STOP” na głębokość 15 cm a w drugim dwa razy głębsza jopa. Wychodzę natychmiast na klatkę schodową, łapie jakiegoś dzieciaka i daję mu lutę w twarz, a potem się nachylam i pozwalam mu oddać. Ten oddaje i ucieka do mieszkania obok, z którego akurat wychodzi moja znajoma (nie zdradzę jaka), daje mi buziaka w policzek i wchodzi do mojego mieszkania a następnie do moejgo pokoju. Siada przy moim biurku i zaczyna przeglądać moje prace z rosyjskiego, z których każda jest oznaczona wielką czerwoną jedynką (to akurat się zgadza z rzeczywsitością). Wybiera jedną z prac i poleca mi napisać ją do końca a następnie oddać nauczycielowi. Wtedy ogarnia mnie myśl, że przecież skoro ta moja znajoma już u mnie jest to mógłbym ją wykorzystac seksualnie…

Seksu nie było :/. Obudziła mnie matka mówiąc, że zrobiła mi śniadanie i teraz idzie na zakupy.

Nie wiem czemu akurat dziś mi się przyśnił taki zbiór zdarzeń ale jeśli to wynik stresu… boje się co będzie dalej Oo.

Posted in Dreams.

Wena

Wena. Równie pożądana co i niestabilna. Nie obraziłbym się gdyby mnie już chociaż z lekka olśniło. Siedzieć przed Ps’em od 8 do 10 godzina dziennie i dorabiać jeden box tylko potem by następnego dnia usunąć? No ku… To się zrobiło frustrujące szczególnie w zaistniałej sytuacji gdy od jednego projektu bardzo dużo zależy. Próbowałem już bardzo wielu rzeczy. Przesłuchałem chyba wszystkie foldery z muzyką jakie mam. Obejrzałem kilkanaście odcinków CSI:LV i Kilera żeby sobie przypomnieć trochę polskiego humoru z XX wieku. Machałem hantlami i drążek też nie pomagają. Poszedłem za radą Zenobiusa i obserwowałem świat ^^ zza szyby autobusu. Brnąłem dalej i zacząłem się przyglądać także samym szybom Oo. Przecież pragnę tak niewiele. Trochę prądu w odpowiednim miejscu mózgownicy i już bym śmigał lay za layem. Ale nie. Musi być trudno. No to dalej. Napieprzam tutorki po nocach. Wysypiam się. Słucham różnych rodzai muzyki przed snem. Staram się widywać z różnymi osobami. Staram się oczyścić swój umysł od presji i stresu. I co? I nic! I chuj! Damn! Co dalej? Joga? Feng shui? Akupunktura? Jogurty od Siwego?

W sumie to opracowałem sobie bardzo dobrą metode na wene. Uwaga uwaga! Półtora piwka. Stan podchmielenia, shishka z dobrem tytoniem, dymek między mną a monitorami,  reggae, wygodny fotelik i nastrojowe oświetlenie. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak. Raj do pracy :]. Niestety możliwe do realizacji dopiero po wyprowadzce. Miejmy nadzieje, że już niedługo.

Posted in Life.