Pogrążam się w niej każdego wieczoru, który jest mi dane spędzić w “rodzinnym domu”. Pokój trzy na cztery z nieszczelnym oknem i bez drzwi, które straciłem w wyniku chwilowego braku samokontroli. Siedzę na wysłużonym krześle, które wiecznie przypomina mi o swojej obecności dzięki skrzypiącym łączeniom. Siedzę i staram się okiełznać śmieciowy biznes, który we mnie siedzi. Przekopuję śmietnik w swojej głowie, graty walają się z kąta w kąt i wszystko jeszcze bardziej się miesza, a ja wciąż na tym tracę swój czas i wystrzępione już nerwy. Jakby Bracia Stach to zobaczyli to by się wystraszyli.
Cisza wokół mnie sprzyja hałasowi wewnątrz, więc staram się poratować dobrą nutą, ale i to nie zawsze pomaga. Kusi dobre wino, które niedawno dostałem, ale raczej sam nie piję. Poza tym zmarnować dobry trunek w tak beznadziejnej chwili. Wrócę lepiej do śmieci, może wygrzebię coś przydatnego.
Nie mogę narzekać na dzieciństwo. W końcu żyję i chyba jestem całkiem normalny, choć czasem aspołeczny. Dziwnie się to wszystko zaczęło. Jako przypadkowe i nieślubne dziecko rolnika w separacji i wdówki z dwójką dzieci zawsze miałem problem ze zrozumieniem jakie jest moje miejsce w rodzinie. Na pewno jestem łącznikiem między dwoma zupełnie osobnymi rodzinami. Dodatkowo w czasie gdy moja matka przez cztery lata niańczyła nadzieje swojego życia, którą był strażak o wybuchowym nazwisku, ja mieszkałem z siostrami u przyszywanej babci i tak zyskałem kolejną rodzinę. Dziś za najbliższą rodzinę uważam siostry. W końcu to one mnie uratowały przed wspomnianą już nadzieją mojej matki. Myślało by się, że skoro ktoś ma tak odpowiedzialny zawód jak strażak to i na co dzień jest odpowiedzialnym człowiekiem, a tu takie rozczarowanie. Bohater… co leżał cały napierdolony z jajami do góry i przeglądający komiksy w Wampie, gdzie panie robiąc sobie dobrze kukurydzą mówiły “Uwielbiam warzywa”. Kiedyś go widziałem, nie poznał mnie i ja też bym go nie poznał gdyby nie ten cholerny głos, który tak często wypowiadał słowo “bękart” w moją stronę. Są ludzie i śmieci. Ten był na tyle dużym, że moje dwie siostry dały radę go wyrzucić z domu i później nawet jego najście z nożem nic nie dało. Śmieci lądują na śmietniku.
Trafiłem do szkoły. Pamiętam pierwszy dzień w białej polówce i granatowym sweterku, maszerowałem po luźnym parkiecie, na sali gimnastycznej S.P. nr 48. Trafiłem do klasy A jak aniołki ; ) W tej jednej szkole mówiono nam, że jesteśmy najgrzeczniejszą klasą. Uczyłem się jak mogłem najlepiej i rzeczywiście byłem w szkolnej czołówce. Wszystko szło dobrze do czasu, aż moje siostry zaczęły wychodzić za mąż i się wyprowadzać. Zostałem sam z matką. Dostałem własny pokój i tyle jeśli chodzi o plusy, bo wraz z wyprowadzką moich sióstr straciłem wzór postępowania, który wcześniej miałem na co dzień. Kłamstwa, wagary, problemy z nauką. Nie piłem, bo wszystkie problemy w moich trzech rodzinach były przez alkohol. Nie ćpałem, bo to jeszcze większe gówno od alkoholu. Wracałem sam do domu późnym wieczorem, tylko po o by się przespać i wychodziłem tak wcześnie jak to było możliwe bo już wtedy miałem same niemiłe wspomnienia ze swoim mieszkaniem. Dzięki nauczycielom i siostrom wyszedłem jakoś na prostą w połowie gimnazjum. Dostałem się do jednego z najlepszych liceów w Łodzi i miało być pięknie. Miałem się wykształcić i zyskać status. I wiecie co? Nie przykładałem się. Nie lubiłem rano zwlec się z łóżka i nie lubiłem wracać do domu, w którym nigdy nie czekało mnie nic przyjemnego i nie myślcie, że przesadzam. Wyobrażacie sobie wymieniać z rodzicem jedynie dwa, trzy zdania dziennie, przez cały życie? Mówię szczerze: było i jest dziwnie. W LO znów wagarowałem i dopiero groźba wyrzucenia mnie ze szkoły stała się odpowiednią motywacją. Może bym jakoś dociągnął do końca tej szkoły, ale moja mam zachorowała i od nowa się zaczęło psuć mi życie. Mieszkałem u siostry. Nie chciałem chodzić do szkoły. Jeździłem na wizyty do Kochanówki i wierzcie mi, że moja mama to był pikuś w porównaniu z innymi pacjentami, których tam zobaczyłem. gdy mama wyzdrowiała rzuciłem dzienną szkołę, bo zobaczyłem inne sposoby na życie. Tydzień po swoich osiemnastych urodzinach mieszkałem już poza domem i myślałem, że złapałem Boga za nogi.
“Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel…”. Tak śpiewała nasza trójka późnymi wieczorami. Siedząc na starych meblach w tanio odremontowanym mieszkaniu, popijaliśmy Johny Walkera i czuliśmy się przy tym jak w niebie. Znacie swoją radość i satysfakcje jak dostaniecie dobrą ocenę po tygodniu nauki, zdacie prawo jazdy. Ja miałem mieć kobietę, dobrą pracę, mieszkanie i brak kontroli rodzicielskiej. Miałem mieć własne życie i to jeszcze przed dwudziestką. Pamiętam jak kupiliśmy pierwszą własną patelnie. Brzmi głupio, ale wiem, że będę to pamiętał do końca życia. To właśnie wtedy mi się jeszcze bardziej poprzewracało w głowie i poprzeczka moich wymagań w stosunku do życia podniosła się dużo wyżej. Niestety moje wyobrażenie o rzeczywistości okazało się po części błędne i tak zaliczyłem kolejną lekcje. Zacząłem coraz bardziej komplikować sobie życie co daję mi do dziś całkiem szeroki wachlarz doświadczeń. Pamiętam gdzie byłem rok temu i wiem gdzie jestem teraz. Wiem, że kluczowe będzie najbliższe pół roku. Pożyjemy zobaczymy.
Krążę tak po swojej głowie regularnie, kopiąc puszki i kartony, raz po raz roztrząsając to co już trochę wcześniej udało mi się ułożyć. Może kiedyś to przetworzę, albo zakopię gdzieś pod lasem z nadzieją, że już nigdy do tego wrócę. Na chwilą obecną tylko dalej to przerzucam.
Na koniec piosenka, która ostatnio nie daję mi spokoju. Teledysk zawiera sceny z filmu “Balanga”, który polecam miłośnikom polskiego kina lat 90′ ;)